wJedzenie

Afera o wege burgera – o co w tym wszystkim chodzi?

Wege burger

Przy okazji takich nowości jak Rebel Whopper w Burger Kingu czy Wege Kanapka Drwala w McDonald’s pojawia się więcej jałowych dyskusji, niż jakikolwiek zdroworozsądkowy człowiek by tego chciał. Sama mam w głowie sporo dylematów z tym związanych, choć nie biorę udziału w wojnie na komentarze. O co chodzi? Wyjaśnijmy to raz na zawsze.

Wege burger to temat, który rodzi wiele paradoksów, dziwnych sytuacji, sprzecznych stanowisk roślinożerców i mięsożerców, a także hejtu, jakiego świat nie widział. Przyjrzyjmy się kilku głównym argumentom, jakie pojawiają się w związku z wprowadzaniem wegetariańskich i wegańskich opcji do sieciowych fast foodów słynących z mięsnych potraw.

Wege burger to nie burger

Odwieczna wojna między wegetarianami i weganami a wszystkożercami. 

“Przestańcie nazywać te podróbki parówkami, burgerami albo kebabem! Jeśli są bez mięsa, to nie macie prawa ich tak nazywać!”

Otóż nie. Mylicie się. Mamy prawo nazywać je jak tylko chcemy. Dlaczego? Głównie po to, aby w prosty sposób komunikować wszystkim zainteresowanym dietą roślinną lub zamiennikami mięsa, jakiej formy i smaku mogą się spodziewać od danego produktu. To najzwyklejsze uproszczenie.

Ponadto, dziwnym trafem ci górnolotni puryści językowi zapominają, że w języku polskim istnieją wyrazy o wielu znaczeniach. Mamy także słowa, które w ogólny i pojemny sposób określają pewne grupy przedmiotów, ludzi czy zjawisk. Co więcej, często tworzymy nowe twory językowe – bo tak mowa ludzka działa, czy nam się to podoba, czy nie.

Burger określa po prostu kotleta, a w szerszym znaczeniu – kotleta w bułce z dodatkami. Wege burger oznacza jedynie, że kotlet ten zrobiony jest z roślin. Tylko tyle i aż tyle.

Heheszkowe komenty pod tytułem “prawdziwy burger to tylko z martwej krowy” pominę wymownym milczeniem i przewróceniem oczami.

Skoro brakuje Ci burgera, to czemu nie jesz mięsa?

Kolejny stały element każdej dyskusji na ten temat.

“Nazywacie te produkty burgerami albo parówkami, bo skrycie tęsknicie za mięsem! Oszukujecie się! Skończcie wydziwiać i jedzcie to mięso jak normalni ludzie!”

Dokładnie tak. W sensie, że większość wege ludzi tęskni za smakiem mięsa. W końcu wychowaliśmy się w kulturze, której kuchnia jest przepełniona mięsnymi produktami. Smaki naszego dzieciństwa to schabowy, mielony, kiełbasa z grilla i kanapka z szynką.

Kiedy wreszcie społeczeństwo zrozumie, że większość wegan i wegetarian rezygnuje z mięsa nie dlatego, że go nie lubi? Co więcej, wielu z nich nie robi tego nawet ze względów zdrowotnych czy ekonomicznych. Kierują nami różne pobudki, ale w przeważającej części chodzi o dwie kluczowe kwestie – etykę i środowisko.

Już dawno fakt, że produkcja mięsa jest nieetyczna i szkodzi naszej planecie przestał być wiedzą tajemną. Trąbią o tym wszystkie media, powstaje mnóstwo publikacji i badań na ten temat. Z pewnością słyszała o tym przeważająca większość z nas.

Wegetarianizm i weganizm stają się coraz popularniejsze. Otwierają się wege knajpy, powstaje mnóstwo roślinnych zamienników mięsa i nabiału, ludzie otwierają oczy na krzywdę zwierząt, zmiany klimatyczne i wpływ mięsa na zdrowie. Jednak ciężko wykorzenić smaki, do których przez lata przyzwyczailiśmy nasze kubki smakowe.

Dlatego “podrabiamy” kiełbaski, schabowego i mielone mięso. Skoro możemy mieć takie same (lub bardzo podobne) smaki i formy bez krzywdy dla otaczającego nas świata – to byłoby głupotą z tego nie skorzystać. Większość wege ludzi chętnie użyje takich produktów, aby odtworzyć swoje ulubione potrawy. W ten sposób łatwiej jest zacząć nowy sposób odżywiania, a na dalszych etapach bycia wege roślinne “mięsa” urozmaicają jadłospis.

Wege burger - jeść czy nie?

Wege burgery “mięsnych” korporacji

Coraz więcej producentów mięsa czy nabiału wypuszcza wege jedzenie. Pasty do chleba, roślinne sery, burgery czy parówki. Można je kupić już prawie w każdym sklepie. Stoją obok marek, które specjalizują się w wege żarciu i nie mają na sumieniu życia zwierząt.

Nikogo nie dziwi taka sytuacja – duże firmy nastawione są przede wszystkim na zysk, a popyt na roślinne produkty stale rośnie. Wegetarianie i weganie chętnie wypróbują każdą nowość, a gdy jakiś roślinny zamiennik się przyjmie w tym światku – kupują go na potęgę. Podobnie sytuacja ma się z knajpami – zwłaszcza sieciówkami.

Wiele fast foodów stało się dla mnie niedostępnych po przejściu na dietę wegetariańską. Z prostych względów – nie można tam było dostać nic bez mięsa. No dobra, oprócz frytek, ale czasem masz ochotę na coś więcej niż tylko smażone ziemniaki. Weganie mają jeszcze gorzej.

Sieciówki w Polsce dość wolno zaczęły się budzić i zauważać wege trendy. Najpierw pojawiły się alternatywy dla mięsnych burgerów w postaci sera – na przykład halloumi. Dobry pomysł, choć rozwiązanie nie do końca idealne – kawał sera jednak ma zupełnie inną konsystencję niż burger. No i nie ma szansy, aby zweganizować to danie.

Tak fantastyczne produkty jak Beyond Burger czy Linda McCartney zaczęły być dostępne w niszowych wegańskich i klasycznych burgerowniach. Trochę mnie dziwi, że fast foody nie poszły w tę stronę – bo są to produkty, które naprawdę wiernie udają mięso. W ten sposób można zachęcić ludzi do ograniczenia jego spożycia – a to już dobry krok w kierunku dbania o naszą planetę i jej mieszkańców. Tymczasem roślinożercy otrzymaliby naprawdę porządną roślinną opcję. Popyt na takie burgery byłby znacznie bardziej rentowny dla tych knajp.

Ostatnimi czasy pojawiły się dwa nowe produkty oferowane przez najpopularniejsze fast foody w Polsce. Pierwszym z nich był Rebel Whopper, czyli odpowiednik znanej kanapki sieci Burger King. Jednak burger wywołał ogromne kontrowersje – bo kotlet jest wege, ale smaży się go na tym samym grillu co te mięsne. Moim skromnym zdaniem sieciówka strzeliła sobie w stopę całą marketingową otoczką nowego burgera oraz tym, że nie poszli na rękę roślinożernym klientom.

Wege burger: jeść czy nie jeść?

Burger King w zuchwały sposób odpowiadał na komentarze zaciekawionych klientów twierdząc, że burger nie jest ani wegański, ani wegetariański – bo skąpany w tłuszczu wytopionym z wołowych kotletów. Nie pomyśleli żeby, tak jak dla przykładu stacje paliw Orlen, wygospodarować jedno malutkie miejsce na grillu dla swojego Rebela. W ten sposób pozbyli się bardzo dużej grupy klientów, która nie kupi nowej kanapki. Dlaczego?

Bo z jednej strony społeczność wegetarian i wegan chce wspierać pomysły na tworzenie roślinnych odpowiedników mięsnych produktów tak lubianych przez wielu Polaków, a z drugiej nie chcą pokazywać, że jest im wszystko jedno. Bo są firmy, które mają w ofercie i mięso i produkty wege – i bez problemu znajdują dla nich osobne miejsce do przygotowywania. W końcu dlatego, że dla wielu osób, które świadomie zrezygnowały z mięsa to po prostu niefajne, aby teraz jeść roślinne burgery, które wcześniej miały kontakt ze zwierzęcym tłuszczem.

Gdyby “królewska” sieciówka zdecydowała się wypozycjonować Rebel Whoppera na produkt dla wegetarian, a nawet wegan – wierzcie mi, kolejki do kasy zdecydowanie wydłużyłyby się. No, ale może właśnie o to chodzi w byciu “rebel” – żeby zawalić marketing w myśl zasady “nieważne jak, byle gadali”. Jeśli Burger King myśli, że zwiększy sprzedaż, oferując mięsożercom roślinną alternatywę – jest w błędzie, przynajmniej częściowo. Z pewnością ktoś chętny na tę kanapkę się znajdzie, ale klientów przybyłoby dużo więcej, gdyby zrobili to we właściwy sposób.

McDonald’s podszedł do tego zupełnie inaczej. Pierwszym burgerem, jakiego postanowili wypuścić w wersji wege, był ich najpopularniejszy sezonowiec – Kanapka Drwala. Nie zrobili ogromnego hype na ten produkt – bo sama informacja o tym, że w końcu będzie coś wege w maku zyskała dużą popularność. McDonald’s smaży każdą grupę produktów oddzielnie – dlatego zapewniali swoich klientów, że roślinny kotlet nie będzie miał kontaktu z mięsem i jego pochodnymi. Proste? W dniu premiery Drwala było mega dużo ludzi w jednym z katowickich maków, do którego się wybrałam. Sporo klientów zamówiło wersję wege. Tak to się robi.

No to jeść czy nie jeść te wege burgery korporacji znanych z mięcha? Wielu ortodoksyjnych wegan i wegetarian oburza się na myśl, że można w ogóle wspierać swoimi pieniędzmi tego typu firmy. Niestety świat nie jest idealny – te miejsca nie znikną, ale mogą stać się bardziej przyjazne dla środowiska i zwierząt. Popyt kreuje podaż, a jak wiadomo – dla ogromnych korpo kasa jest najważniejsza. Dlatego wege alternatywy to dla nich biznes, ale ten trend, w przeciwieństwie do wielu innych, jest bardzo pożyteczny.

Każdy kieruje się swoimi przekonaniami. Jednak uważam, że jeżeli mamy ochotę na tego typu posiłek lub jesteśmy w sytuacji bez wyjścia – nie warto odmawiać sobie wege burgera z maka tylko dlatego, że jest z maka. Z Burger Kingiem sprawa ma się nieco inaczej – tutaj firma się nie postarała i nie mam zamiaru dawać jej do zrozumienia, że zgadzam się z ich podejściem do klienta.

Ważne jest przede wszystkim to, aby roślinne zamienniki pojawiały się jak najczęściej i w wielu różnych miejscach. W ten sposób jest szansa, aby zmienić myślenie innych o środowisku i prawach zwierząt. Nawet jeżeli większość klientów tych miejsc nie przejdzie na weganizm lub wegetarianizm – to czasem skuszą się na wege jedzenie i w ten sposób ograniczą swój negatywny wpływ na nasz świat. I choć potrzebujemy zmian systemowych, które globalnie zmienią przemysł spożywczy i nie tylko – to każdy mały krok jest bardzo ważny!

Co myślicie o roślinnych alternatywach produkowanych przez wielkie korporacje przemysłu mięsnego i mleczarskiego? Myślicie, że to dobry pomysł czy lepiej jednak nie kupować takiego jedzenia? 

polecane posty

Leave a Reply