Przerwa od social mediów przyda się każdemu. Oto moja historia.

Przerwa od social mediów – Ty też jej potrzebujesz

Potrafimy bez problemu wskazać osobę, która jest uzależniona od alkoholu, papierosów czy kawy. Czasem nawet przyznajmy się sami przed sobą, że mamy problem z daną używką. Mało kto jednak zauważa, gdy dopada go inny nałóg. Są nim social media. Nie ma po nich kaca czy nieprzyjemnego smaku w ustach, ale są inne objawy, które łatwo zignorować i przejść nad nimi do porządku dziennego. W końcu nas to nie dotyczy. I powtarzaliśmy sobie nie raz słowa, które w przypadku innych uzależnień byłyby sygnałem, że coś jest nie tak. Te słowa to: “Nie potrzebuję do życia telefonu. Mogę go odłożyć w każdej chwili.”

Oczywiście nie umiemy dostrzec problemu, jakim jest nadmierne przywiązanie do mediów społecznościowych, gdyż jest to relatywnie nowe zjawisko. Substancje psychoaktywne są z nami od wieków, komputery i smartfony pojawiły się zaledwie chwilę temu. Jednak już zbierają żniwo i może Ci się wydawać, że dramatyzuję, ale zanim wyłączysz zakładkę z tym wpisem, poświęć kilka minut na lekturę.

Czy to już nałóg, czy jeszcze nie?

W przeciwieństwie do alkoholu, narkotyków czy fajek, uzależnienie od smartfona i social mediów nie daje tak oczywistych objawów. Nikt się nie zatacza, nie rzyga pod siebie, nie traci setek złotych miesięcznie ani brzydko nie pachnie. Problemem jest to, że do internetu mamy stały dostęp właściwie za darmo. I że używanie go pozornie nie skutkuje niczym złym.

W końcu sieć to miejsce, w którym jest mnóstwo ciekawych rzeczy, prawda? Używamy jej do pracy, nauki, rozmów z przyjaciółmi i rodziną. Niektórzy z nas coś tworzą, prowadzą biznesy, poznają swoje drugie połówki. Jest też multum rozrywki, która przecież jest tak potrzebna w szalonym, pędzącym świecie. A wszystko to na wyciągnięcie ręki, a raczej palca. W czymś tak wspaniałym nie może przecież czyhać żadne zagrożenie.

Bezwiednie sięgamy po nasz telefon, często kilkadziesiąt, a nawet kilkaset razy dziennie. Przerwa w pracy? Sprawdźmy co na Fejsie. Znudziła Cię rozmowa z przyjaciółmi przy piwie? Obczaj Instagrama albo TikToka. Nie ma co robić w chłodny zimowy wieczór? Poczytaj wiadomości, pograj w najnowszą grę albo scrolluj aż uśniesz. Organizujesz wesele, urodziny, wieczór panieński? Urządzasz nowe mieszkanie? Poszukaj inspiracji na Pintereście. Gotujesz komuś kolację albo zapraszasz rodzinę na obiad? Wujek Google ma tysiące przepisów na każdy budżet, umiejętności, dietę i gust. Nie wiem, czy powinnam wymieniać dalej…

Przebodźcowanie na sterydach

Pewnie powiesz teraz, że internet to integralna część naszego życia i nie ma w tym nic złego. Dzięki niemu wielu ludzi może realizować swoje pasje, pracować, odnajdywać bratnie dusze. Technologie sprawiają, że każdy z nas, niezależnie od swojej lokalizacji i możliwości, dostaje okno na świat. Jest z tym jednak jeden problem.

Przez tysiąclecia nie byliśmy wystawieni na tyle bodźców, ile teraz dociera do nas każdego dnia. Kiedyś ludzie w ciągu całego życia nie przyswajali takiej ilości informacji, jaką my jesteśmy bombardowani co tydzień. Ewolucja nie działa tak szybko – a ludzki mózg to nie komputer, któremu można doinstalowywać nieograniczoną pamięć.

Tymczasem podstawą funkcjonowania social mediów jest utrzymywanie naszej uwagi przez jak najdłuższy czas. Nawet nie zauważamy kiedy ucieka nam on przez palce, gdy przeglądamy Fejsa, Insta, czy ostatnio TikToka – istną kopalnię treści pożerających minuty, a nawet godziny z naszego dnia. Regularnie dokarmiany algorytm dodatkowo stara się zatrzymać nas przed ekranem. Efekty? Na dłuższą metę bardzo niepokojące.

Wiele grzechów mediów społecznościowych

Smartofonowe “przedawkowanie” może wywoływać szereg objawów, zarówno fizycznych, jak i psychicznych. Choć nie chcę obwiniać jedynie internetu za problemy, z którymi borykają się dzisiaj ludzie, sami musicie przyznać, że ich źródło często ewidentnie leży w zjawiskach wykreowanych przez social media.

Od zmęczenia, nieregularnego snu, problemów z koncentracją, przez zaniedbywanie relacji z innymi, aż po problemy z samoakceptacją i depresję – to wszystko może i często ma związek z tym, jak dużo czasu spędzamy przed ekranem swojego telefonu. Dlaczego? Gdyż jesteśmy zalewani istną wręcz patologią w postaci nierealistycznego obrazu życia, hejtu, fake newsów czy wiecznej pogoni za lajkami. Gdybym chciała opisać każde z tych zjawisk i dlaczego są one tak problematyczne, musiałabym poświęcić im osobne posty na blogu. Myślę jednak, że doskonale zdajecie sobie sprawę, jak negatywnie potrafi wpływać na ludzi internet.

50 twarzy wpływu social mediów na ludzi

Z jednej strony mamy osoby, które wplątują się w dziwne miejsca, zaczynają wierzyć w teorie spiskowe albo siać nienawiść wobec ludzi o innych poglądach. Z drugiej są ci, którym choć trochę się udało, przez co nieustannie walczą z chamskimi komentarzami na swój temat. Jeszcze inni porównują się do influencerów i kończą z niską samooceną w najlepszym przypadku, a w najgorszym z depresją. Wow, rzeczywiście, social media są wspaniałe.

Oczywiście mój sarkazm jest trochę na wyrost, bo nie ma wątpliwości, że w sieci można znaleźć mnóstwo wartościowych treści. Jednak internet ma jedną wadę – oficjalnie nie obowiązują w nim żadne normy społeczne. Względna anonimowość oraz bariera pomiędzy nadawcą a odbiorcą sprawiają, że można dosłownie WSZYSTKO.

W prawdziwym życiu rzadko kiedy ktoś podchodzi do innej osoby i ją obraża tylko dlatego, że z jakiegoś powodu mu się nie podoba. Nikt nie ma w 100% idealnego ciała, a jeśli ktoś opowiada głupoty, to nie otacza go wianuszek wyznawców. Świat online tak bardzo różni się od świata offline, że zaczynamy w nim kreować nieprawdziwą rzeczywistość, w której wszystkie chwyty są dozwolone. A mechanizmy społecznościowe trzymają nas w tym bagnie i nie chcą puścić.

Przerwa od social mediów uratowała mój dobrostan psychiczny.

Przerwa od social mediów – powiedz sobie DOŚĆ!

Ja tak zrobiłam. Serio, z dnia na dzień odstawiłam TikToka, przestałam przeglądać Insta, a swoją obecność twórczą ograniczyłam do niezbędnego minimum. Fejs już dawno poszedł u mnie w odstawkę, bo osobiście uważam, że to największy śmietnik i siedlisko beznadziei. Odcięłam się, bo zauważyłam, że nie daję rady.

Brakowało mi czasu, aby ogarnąć robotę, pochylić się nad swoimi projektami i jednocześnie utrzymać życie towarzyskie. Byłam ciągle zmęczona, miałam totalny mętlik w głowie. Telefon pękał mi w szwach od zapisanych screenów-”inspiracji”, których nigdy nie miałam czasu wprowadzić w życie. Czułam się okrutnie przytłoczona, często przez ilość negatywnych informacji, które wylewały się z ekranu. Sama już nie wiedziałam, czy to, co myślę, wychodzi ode mnie czy od wpływu ludzi, których oglądam.

Nagle zrozumiałam, że to jest swego rodzaju uzależnienie, choć trudno było spojrzeć prawdziwe w oczy z jednego prostego powodu. W końcu oglądałam dobre rzeczy! Nie czytałam Pudelka ani jakiś głupich portali. Oglądałam twórców mówiących o tym, co mnie interesuje. Czytałam rozwijające posty na blogach i słuchałam mądrych osób. Doprowadziło mnie to do kolejnej skrajności – poczucia, że nie mogę odpoczywać, bo to marnowanie czasu. Każda treść musiała wnosić coś konkretnego do mojego życia. A konsumowałam je non stop.

Doszło do tego, że czułam, jak tracę kontrolę. Nie potrafiłam prawdziwie odpoczywać, a w głowie kłębiło się tysiące myśli. Byłam wiecznie wkurzona i zdołowana. Na świat, że jest zły i na ludzi, że są niemili. Moja relacja z jedzeniem przypominała rollercoaster. Porównywałam się z innymi i nie umiałam docenić tego, co już mam. Mimo że mam naprawdę świetne życie, ciągle było coś nie tak.

Czy da się wrócić do świata żywych?

Teraz ciężko pracuję na to, żeby wrócić do normalności. Oprócz terapii i detoksu od social mediów, uczę się odpuszczać i naprawdę odpoczywać. Ze zdziwieniem zauważam, jak bardzo automatyczne mam odruchy w związku ze swoim smartfonem. Na przykład, gdy piszę tekst w pracy i muszę zrobić sobie chwilę przerwy, bezwiednie sięgam po telefon. Mam już na tyle świadomości, że po prostu spoglądam na ekran i dokładam go z powrotem, ale wcześniej kończyło się to przeglądaniem Insta. Nadal zdarza mi się łapać na scrollowaniu, na przykład w trakcie rozmów telefonicznych. To przerażające, nie sądzisz?

Nawyki, które pielęgnowałam w sobie przez ostatnie kilka lat, nie znikną ot tak. Trzeba mieć w sobie sporo samoświadomości, a przede wszystkim samozaparcia, żeby zrozumieć, jak destrukcyjnie wpływają na nas social media. I oczywiście mogłabym teraz odinstalować wszystkie aplikacje, usunąć konta i zmienić smartfon na Nokię 3310. Rzecz polega jednak na tym, że nie chcę rezygnować ze swojej działalności w sieci. Chcę mniej konsumować, ale nie porzucać możliwości mówienia na tematy ważne i potrzebne – tak jak ten, o którym piszę w tym poście.

Przerwa od social mediów dla twórców

Sztuką jest nauczyć się korzystać z mediów społecznościowych z głową. Brać telefon do ręki wtedy, kiedy chcemy przekazać coś wartościowego, a przeglądanie treści ograniczyć do minimum – zobaczyć, co słychać u ulubionych twórców i tyle. Nie bezwiednie lecieć przez wszystko, co nam podpowiada algorytm, nawet jeżeli nas to w ogóle nie interesuje.

I wiem, że porady te mogą się wydawać strzałem w stopę, patrząc z punktu widzenia twórcy internetowego. Jeżeli wszyscy ograniczymy social media, to kto będzie followersami i odbiorcami treści? Szczerze, wolałabym, żeby garstka osób zaglądała do mnie z intencją, że to, co robię, im się podoba i po prostu lubią mnie czytać/słuchać/oglądać niż mieć tysiące obserwatorów, którzy przeglądają moje posty i setki innych na swoim wallu i nic z tego nie wynoszą.

Świadome korzystanie z social mediów to krok w dobrą stronę, zarówno dla odbiorców, jak i dla twórców. Ci pierwsi będą mogli zadbać o swój dobrostan psychiczny i relacje z innymi, drudzy natomiast zyskają społeczności, którym naprawdę będzie zależało na tym, co mają do przekazania. Mówię tutaj oczywiście o tych, którzy chcą działać w sposób uczciwy i skierowany na dobro innych. Zawsze znajdą się influencerzy, którzy tworzą szkodliwe treści albo gonią tylko za pieniędzmi. Użytkowanie social mediów z głową pozwoliłoby takie zjawiska ograniczyć, co też z pewnością wpłynęłoby lepiej na odbiorców.

Słowo na koniec

Myślę, że pewnego rodzaju “uzależnienie” od social mediów to choroba naszych czasów. Zapewne większość z Was mniej lub bardziej miała okazję doświadczyć, jak dużo negatywnej energii niesie ze sobą to, co dzieje się w sieci. Oczywiście moje utopijne myślenie o tym, jak to powinno wyglądać, z pewnością się nie ziści, mimo to obserwuję powoli zmieniające się podejście. Coraz więcej osób zaczyna dostrzegać, jak smartfon pożera im czas i zabiera radość z życiowych przyjemności. Myślę, że w najbliższych latach ten trend będzie znacząco rósł.

Ja w tej chwili daję sobie prawo do odpoczynku, bycia bardziej offline niż online. Nie znikam całkowicie, ale chcę działać na własnych zasadach, zamiast niewolniczo skakać tak, jak mi algorytm zagra. To odziera moją działalność w internecie z sensu, który przyświecał mi od samego początku. Chodzi o kreatywność, inspirację, bycie w kontakcie z innymi. Nie o cyferki, serduszka i wieczne zmęczenie, bo przecież trzeba być non stop podpiętym do tego niekończącego się strumienia rozmaitości.

Jestem bardzo ciekawa, co o tym myślicie. Jeżeli masz ochotę, napisz w komentarzu swoje zdanie!

Do zobaczenia

Udostępnij ten wpis:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zajrzyj na mojego Instagrama, gdzie również komentuję rzeczywistość: