Kosmetyki cruelty free

Kosmetyki cruelty free – o co w tym chodzi?

Kosmetyki nietestowane na zwierzętach, znane jako cruelty free (CF), od jakiegoś czasu stanowią praktycznie cały mój arsenał łazienkowy – nie licząc produktów, które dostałam w prezencie lub kupiłam dużo wcześniej. Temat na pierwszy rzut oka może wydawać się prosty, ale wcale taki nie jest. O co chodzi z testowaniem, jak zacząć kupować świadomie i dlaczego europejskie prawo to za mało, żeby powstrzymać marki przed krzywdzeniem zwierząt? 

Zacznijmy od mojego podejścia do cruelty free – staram się, aby zdecydowana większość kosmetyków, które używam, była wolna od okrucieństwa. Pamiętajcie, że CF nie oznacza, że kosmetyk jest z automatu wegański. To drugie pojęcie odnosi się do składu i oznacza, że nie występują w nim składniki pochodzące od zwierząt – czyli na przykład mleko, kolagen czy lanolina.

Jestem na diecie wegetariańskiej, także jem sery czy jajka. Dla mnie testowanie na zwierzętach jest równie okrutnym procederem jak przemysłowa hodowla zwierząt na mięso. Wiem, że produkcja nabiału czy innych produktów odzwierzęcych też nie jest do końca etyczna, jednak priorytetem jest dla mnie CF. Dlatego kupuję głównie kosmetyki cruelty free i staram się, żeby były także wegańskie. Obecnie w mojej łazience 95% kosmetyków jest marek wolnych od okrucieństwa. Czasem złamię zasadę, gdy potrzebuję akurat czegoś, co świetnie mi się sprawdza, a nie ma zamiennika (na przykład kolorowe płukanki do włosów).

Przejdźmy teraz do konkretów. Bo jak się okazuje, nie wystarczy mieszkać w Europie, aby na luzie kupować nietestowane kosmetyki w każdej drogerii.

Ale jak to, przecież Unia zakazuje testów! Tak, ale…

Jak pewnie wiecie, żyjemy w czasach globalizacji i to, że w UE testy na zwierzętach są zakazane, nie oznacza, że w innych regionach świata jest tak samo. Co więcej, takie kraje jak Chiny wręcz wymagają, aby każdy produkt kosmetyczny wypuszczany na ich rynek był przetestowany.

I to jest główny problem z cruelty free. Globalne marki testują swoje kosmetyki w innych krajach. Wspieranie ich swoim portfelem oznacza, że nadal inwestujemy w ten proceder. I pamiętajcie – znaczek z króliczkiem na opakowaniu kosmetyku niczego nie gwarantuje. Organizacje wydające takie certyfikaty niezbyt dokładnie weryfikują marki, a otrzymanie znaczka zazwyczaj wiąże się po prostu z zapłaceniem odpowiedniej sumy pieniędzy.

To w takim razie – co robić?!

Istnieją oddolne inicjatywy weryfikujące firmy pod kątem testów na zwierzętach w odniesieniu globalnym. Takie osoby żądają dowodów na to, że:

  • Firma nie testuje na zwierzętach gotowych produktów ani pojedynczych składników
  • Nie zleca tego innym podmiotom
  • Sprawdza pod tym względem swoich dostawców
  • Nie działa na rynkach wymagających testów na zwierzętach

I wiele innych. Jest to więc kompleksowe sprawdzenie firmy, wymagające odpowiedniego poparcia informacji dowodami – nic nie jest brane na “słowo honoru”. Korzystając z pracy takich inicjatyw, możemy dowiedzieć się, które kosmetyki na naszych półkach są naprawdę wolne od okrucieństwa.

Kosmetyki cruelty free - przykłady

Gdzie mogę dowiedzieć się więcej na temat cruelty free?

Jest kilka rzetelnych miejsc w sieci, które weryfikują firmy, edukują i promują świadome kosmetyczne wybory. W nich dowiecie się wszystkiego na temat cruelty free i poznacie konkretne marki, które odpowiadają powyżej wymienionym kryteriom.

Warto zacząć od fanpage’a na Facebooku Stowarzyszenie Kosmetyki Bez Okrucieństwa oraz ich grupy Kosmetyki bez okrucieństwa Cruelty Free/Vegan Cosmetics. Sama z poleceń na grupie korzystam najczęściej i jeśli potrzebuję na szybko sprawdzić status marki, to zaglądam właśnie tam. Warto pamiętać, że grupa ma bardzo drobiazgowy regulamin, który powinien być ściśle przestrzegany. Dlatego pisanie postów na spontanie nie wchodzi w grę – tak samo jak polecanie marek niezgodnych z kryteriami, na przykład tych opatrzonych jedynie znaczkiem cruelty free, a nie dokładnie zweryfikowanych.

Kolejnym źródłem jest aplikacja Happy Rabbit. Istnieje ona na rynku już rok, jednak mimo wszystko trzeba pamiętać, że baza firm nie jest kompletna i często nie nadąża za zmianami. Marki, które nagle zostaną zweryfikowane, długo się tam nie pojawiają. To raczej doraźne narzędzie, aby sobie pomóc na zakupach. Happy Rabbit to również blog o kosmetykach cruelty free. A z zagranicznych źródeł warto zaglądać na bloga Logical Harmony, który działa na podobnej zasadzie. Nie znajdziecie tam natomiast polskich marek.

No taaa… ale te kosmetyki to pewnie drogie i nigdzie nie da się ich kupić?

Otóż nie! Choć te prawdziwie cruelty free są raczej w mniejszości, to jednak jest ich więcej, niż można się spodziewać. Są dostępne w każdej sieciowej drogerii typu Rossmann czy Hebe. I również te z niższych półek cenowych się do nich zaliczają.

Zacznijmy od największego hitu, czyli marek własnych Rossmanna. To Isana, Alterra, Facelle, Prokudent, Babydream – a więc każdy rodzaj produktów kosmetycznych i higienicznych. Wszystkie są wolne od okrucieństwa, a przeważająca większość również wegańska.

Jeśli lubicie makijaż, to marki GOSH czy Catrice także są cruelty free. Nacomi, Make Me Bio, Yope, Tołpa czy Miya i wiele innych pielęgnacyjnych hitów również. Moja ulubiona ostatnio marka jeżeli chodzi o kosmetyki do twarzy, czyli Bandi została przeze mnie odkryta, gdy poszukiwałam dobrej jakości kremów i toników. A Lirene czy Under Twenty też na pewno znacie.

Natomiast wielkie koncerny jak L’Oreal czy Garnier z powodzeniem sprzedają swoje kosmetyki w Chinach i nie sprawdzają swoich dostawców. Jeżeli chcecie nieco świadomiej podchodzić do swoich kosmetycznych zakupów – unikajcie ich.

O czym jeszcze warto pamiętać?

Przede wszystkim, regularnie sprawdzajcie źródła informacji na temat marek i aktualizujcie swoją wiedzę – zwłaszcza, jeśli chcecie zrezygnować z testowanych kosmetyków i zacząć kupować świadomie. Dlaczego? Bo ten rynek dynamicznie się zmienia. Z dnia na dzień może się okazać, że jakaś marka właśnie weszła do Chin (a co za tym idzie, musiała testować) i straciła swój status cruelty free. Podobnie z firmami, które nagle zostają zweryfikowane pozytywnie – czasem można się miło zaskoczyć.

Jeśli kupicie jakiś kosmetyk, a następnego dnia się okaże, że marka zmieniła status na negatywny – nie zrażajcie się, a już na pewno nie wyrzucajcie nietkniętego opakowania. Ważne, że Wasze intencje były słuszne i że decyzja zakupowa została podjęta na podstawie aktualnej dostępnej wiedzy.

Jest jeszcze kwestia tak zwanych marek-matek i ich córek. Często się zdarza, że udziały mniejszych firm zostają kupione przez wielkie koncerny. Produkcja, łańcuch dostaw czy dystrybucja pozostają wtedy bez zmian. Co za tym idzie – spółka-matka testuje, ale córka już nie. Podejścia są dwa – bardziej ortodoksyjni zwolennicy cruelty free bojkotują obie firmy, inni pozwalają sobie na korzystanie z produktów bardziej etycznej marki-córki.

I przede wszystkim – zacznij pomału!

Jeśli zainteresował Cię temat kosmetyków bez okrucieństwa, nie wyrzucaj zawartości swojej łazienki i nie ruszaj na zakupy. To nie jest dobre dla środowiska. Zacznij od małych kroków – gdy skończy Ci się jakiś kosmetyk, spróbuj kupić wersję cruelty free. Jeśli masz jakieś pewniaki, które uwielbiasz – spróbuj poszukać zamienników, ale nie zrażaj się, jeśli ulegniesz i weźmiesz markę, która sprawdzała Ci się do tej pory. Nie musisz wyrzucać kosmetyków, które dostaniesz w prezencie tylko dlatego, że nie są CF. Czasem tak bardzo chcemy robić wszystko dobrze, że popadamy ze skrajności w skrajność. Jeśli radykalne postawy nie są dla Ciebie, możesz zmienić swoje nawyki tylko częściowo. To i tak lepsze, niż olanie tematu i nierobienie niczego.

Jestem ciekawa Waszej opinii na temat kosmetyków cruelty free. Używacie? Wiecie, że znaczek na butelce nie jest gwarancją statusu CF? A może ten temat nie jest dla Was w ogóle ważny? Dajcie znać w komentarzach!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zajrzyj na mojego Instagrama, gdzie również komentuję rzeczywistość: