wLudzie

Dlaczego nie ma blogów modowo-politycznych?

Protesty

Czy posiadanie różnorodnych zainteresowań jest niemożliwe? Mam prawo interesować się kosmetykami i polityką, czy muszę wybrać tylko jeden z tych tematów? Mam wrażenie, że od wielu lat pokutuje pewien stereotyp. Albo robisz pazury, albo gadasz o ekonomii. Albo blogujesz o włosach, albo piszesz o sprawach społecznych. Wiecie, o co mi chodzi?

Oczywiście nawiązuję do ostatnich wydarzeń w USA i tego, że trochę bałam się o tym mówić na Instagramie czy tutaj, na blogu. Zastanawiałam się, czy ktokolwiek będzie chciał znać moje zdanie. Moja przestrzeń w sieci nie jest różnorodna – piszę o życiu, ludziach i otaczającej mnie rzeczywistości. Poruszam różne problemy – kulturalne, socjologiczne, ale te całkiem przyziemne także. Lubię mówić o tym, jakie kosmetyki kupiłam albo co na siebie założyłam. Ale też mam sporo przemyśleń na temat dzisiejszego świata. Czy to się wzajemnie nie wyklucza?

Znamiona patriarchatu

Byłoby poważnym uproszczeniem powiedzenie, że ten problem dotyczy wszystkich, bo to głównie kobiety mają takie dylematy. Nie ma nic złego w interesowaniu się modą czy urodą. Często jednak powtarzało się teksty typu: po co zawracać sobie ładną główkę takimi ciężkimi tematami jak polityka, rasizm, nierówności społeczne? To ten wielki świat, który jest głównie zdominowany przez mężczyzn.

Kobiety w tym świecie są niejednokrotnie lekceważone, dyskryminowane i sprowadzane do przedmiotowych ról. Widzieliście kiedyś, żeby oceniano polityków, sportowców czy naukowców pod względem ich wyglądu? Pomijając portale plotkarskie, które wszystkich sprowadzają do bycia obiektami seksualnym. Zwykle klasyfikuje się ich pod względem grubości portfela i osiągnięć w swojej dziedzinie. Natomiast kobiety, niezależnie od profesji, biorą udział w konkursach piękności nie na własne życzenie.

Zmagamy się z ciągłym ocenianiem naszej wartości kategoriami, które nie mają racji bytu. No bo kto decyduje o tym, czy ktoś jest ładny lub zadbany? Stereotypy, które to określają powstały dawno temu i są powielane od lat. Kultura popularna określiła pewne “kanony” – jeśli im odpowiadamy, jest okej. Jeżeli nie – od razu podważa się nasze słowa. W końcu feministki chcą rozmawiać o równych prawach kobiet, bo są brzydkie, grube i nie potrafią znaleźć sobie faceta, prawda?

Syndrom oszustki

Gdy wymieszamy mechanizmy psychologiczne z kulturowymi stereotypami, powstaje mieszanka wybuchowa. Jednym z jej rezultatów jest coś, o czym mówi się coraz częściej, czyli “syndrom oszusta” (“impostor syndrome”). Za Wikipedią:

“(…) zjawisko psychologiczne powodujące brak wiary we własne osiągnięcia. Pomimo zewnętrznych dowodów własnej kompetencji, osoby cierpiące z powodu tego syndromu pozostają przekonane, że są oszustami i nie zasługują na sukces, który osiągnęły. Przyczyn sukcesu upatrują w szczęściu, sprzyjających okolicznościach bądź w rezultacie bycia postrzeganym jako osoba bardziej inteligentna i kompetentna niż w rzeczywistości. Co warte odnotowania, syndrom oszusta dotychczas uważano za szczególnie powszechny wśród wysoko postawionych kobiet.”

Obecnie mówi się raczej o tym, że płeć nie ma znaczenia, tylko że kobiety częściej przyznają, że na owy syndrom cierpią. Syndrom oszusta (lub w tym przypadku – oszustki) dotyczy najczęściej osiągnięć zawodowych, ale coś podobnego pojawia się w wielu innych sytuacjach społecznych – na przykład, gdy chcemy się wypowiedzieć na jakiś ważny i skomplikowany temat. Wiemy, że rozumiemy zjawisko, że mamy coś ciekawego do powiedzenia i że jesteśmy wystarczająco dobre, aby o tym mówić. A potem taki mały głosik w głowie podpowiada, że może jednak nie bardzo.

Dlaczego muszę o tym gadać?

A może wcale nie warto? Może lepiej siedzieć cicho? Albo rozmawiać o rzeczach, które nie mają bezpośredniego wpływu na losy społeczeństwa i planety? Nie poruszać problemów dyskryminacji, gospodarki, globalnego ocieplenia czy kryzysów, które raz po raz dają nam w kość? Otóż nie, moi drodzy. Bo ja chcę się wypowiadać.

Uważam, że mówienie o tym, co się dzieje i prowadzenie dialogu z innymi na ten temat to najlepszy sposób na to, aby zacząć jakąś zmianę. Teraz ludzie na głos mówią o rasizmie nie tylko w Stanach, ale również w Europie – bo wierzą, że dzięki temu w końcu zacznie się ewolucja (a raczej rewolucja) tego zgniłego systemu i zrobimy kolejny krok ku prawdziwej równości. Część nadal nie odrobiła lekcji i wrzuca na Insta czarne kwadraty bez żadnego komentarza, aby jechać na popularności głośnej akcji. Ale ci, co mówią i edukują innych, pokazują, że problem nie jest im obojętny.

Żeby przeciwdziałać rasizmowi i innym problemom dzisiejszego świata, nie wystarczy uważać się za człowieka otwartego i tolerancyjnego. Trzeba działać – mówić głośno, protestować, wpłacać choćby i dwa złote na odpowiednie fundacje, wspierać osoby dotknięte tym problemem (na przykład korzystając z usług, które oferują biznesy przez nie prowadzone). Milczenie to ciche przyzwolenie i ignorowanie problemu.

Wiem, że nam jest trochę łatwiej o tym mówić, bo nie siedzimy teraz w epicentrum tego wszystkiego. Ale to nie znaczy, że w Polsce nie ma rasizmu. Afera z George’em Floydem wybuchła ze względu na policyjną brutalność. Jaką mamy pewność, że niektórzy z naszych policjantów nie postąpiliby tak samo? I nie tylko oni. Ojciec Rydzyk kiedyś powiedział o czarnym biskupie, że on to się chyba nie mył – a mężczyzna ten podszedł do mikrofonu i na głos powiedział, że dziękuje Radiu Maryja. Przypadki przemocy wobec osób o innym kolorze skóry pojawiają się w polskich mediach. To, że nasilenie tego zjawiska jest u nas inne, niż w Stanach wynika tylko z historii, a co za tym idzie – z małej ilości czarnoskórych obywateli w Polsce. Całkiem niedawna afera z uchodźcami pokazuje, że gdybyśmy mieli taki odsetek społeczeństwa o ciemniejszym kolorze skóry jak w USA, prawdopodobnie byłoby dokładnie tak samo.

Zresztą, Polacy będący przedstawicielami tej mniejszości pokazali, z jakimi reakcjami spotkali się, gdy skomentowali zamieszki w Ameryce. Serio, mówienie, że problemu nie ma to jak wtedy, gdy na nas plują, a my twierdzimy, że deszcz pada.

Protesty są po coś

Trochę zboczyłam z tematu…

To wszystko budzi we mnie wiele różnych emocji. Chcę mówić na głos o wszystkim, co mnie boli i co chciałabym zmienić. Obserwuję reakcje – hejt, nienawiść, komentarze o takiej treści, że aż oczy bolą. One się rodzą z jakiś chorych stereotypów i lęku przed tym, co inne i nieznane.

Przeraża mnie, że jest jeszcze tak dużo ludzi, którzy potrafią traktować grupy inne niż własna jako gorsze – bez szacunku, a wręcz z pogardą. Żyjemy w XXI wieku, tworzymy inteligentne maszyny i samochody, które mogą jeździć bez kierowcy, a jednocześnie nadal uważamy, że kolor skóry, płeć czy orientacja seksualna świadczy o wartości człowieka. Oceniamy ludzi na podstawie kryteriów, które nie mają żadnego uzasadnienia – bo religia, polityka, stereotypy nie powinny mieć tutaj znaczenia. Dopóki ktoś nie robi krzywdy innym i nam – powinniśmy go traktować równo i sprawiedliwie.

Wiem, że znowu to robię – mówię do osób, których prawdopodobnie tu nie ma i nie będzie. Bo ci ludzie, tak bardzo przekonani o tym, że mają rację i tak mocno zapatrzeni w swoje “autorytety” nie mają żadnej motywacji do tego, aby rzucać wyzwanie swoim poglądom i się edukować. A gdy już trafią na treści niezgodne z ich światopoglądem, to znajdują argumenty typu: ktoś Ci zapłacił za głoszenie tych herezji albo masz sprany mózg przez lewacką propagandę.

Jeżeli lewacką propagandą jest wiara w wolność i równość wszystkich ludzi, to mogę do niej należeć. Nie jestem natomiast w stanie objąć rozumem, jak podłym człowiekiem trzeba być, żeby gardzić kimś z powodu jego wyglądu czy preferencji życiowych. Czytałam ostatnio, że wielu białych mężczyzn zwraca się ku prawicy, bo ona obiecuje im powrót do “starego porządku” – czyli ich dominacji nad innymi grupami społecznymi.

Wielu ludzi wychowanych według przestarzałych wartości nie rozumie przemian zachodzących w obecnym świecie. Nie pojmują, że czarnoskóre osoby to nie niewolnicy, a równi obywatele, którzy mają prawo tak jak oni korzystać z edukacji, pracy i innych dóbr współczesnego świata. Ale to samo w sobie nie byłoby problemem – problemem jest to, że te osoby mogą zabrać ich miejsce. Bo mają większą wiedzę, ciężej pracują albo po prostu tak się akurat złożyło. Prawica nie rozumie, że to nie oni są panami, a cała reszta poddanymi – nie rozumie, że społeczeństwo dąży do tego, aby wszyscy mieli równy start. Ta sama sytuacja dotyczy kobiet – frustracja rodzi się w momencie, w którym kobiety nie muszą już ulegać i brać tego, co im dano, a mogą decydować same o sobie. Mogą też, na przykład, okazać się bardziej kompetentne i, ku frustracji białych mężczyzn, zajmować piastowane dotychczas przez nich stanowiska.

Mogłabym o tym godzinami…

To wszystko jest tak złożone, że brakłoby liter na klawiaturze i mocy przerobowych w komputerze, aby o tym pisać. Wszystko – rasizm w Stanach, kapitalizm, prawicowe tendencje polityczne – jest ze sobą w jakiś sposób połączone. Mnie to przeraża, dlatego o tym piszę i mówię. Chciałabym, abyśmy mogli w końcu obudzić się w kraju i na świecie, gdzie nie ma takich problemów. W momencie, kiedy pojawia się przemoc i niesprawiedliwość, zaczynam się zastanawiać – co będzie dalej?

A co do tematu, od którego zaczęłam ten cały wpis – nie bójcie się mówić głośno o tym, co myślicie! Nawet jeśli popełnicie błąd, zrobicie więcej, niż ci, co milczą albo wrzucają posty na Insta dla atencji. Możecie interesować się modą i polityką. I możecie wyrażać swoją opinię na temat tego, co Was boli.

Zachęcam do kulturalnej dyskusji w komentarzach.

Zapraszam na mój Instagram, gdzie również komentuję szeroko pojętą rzeczywistość:

polecane posty

Leave a Reply